GameCorner
http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Gazeta.pl > - wiadomości, recenzje, wideo, screeny - Gamecorner.pl >  features

Bad Company Territory, czyli dlaczego to już nie jest Battlefield...

Przez ostatnich kilka dni intensywnie grałem w wersję beta Battlefield Bad Company 2. Fatalnie zoptymalizowana, wymagająca wielu zmian i poprawek, z zablokowaną lub nie działającą większością opcji nie jest szczytem marzeń. Ani nawet porządnym demem. I na dodatek jasno, wyraźnie daje do zrozumienia, że to już nie jest taki Battlefield jakiego znamy.

 

 

Powiało grozą, nie? Wiem, specjalnie zacząłem z takim marsem na czole i grobowym tonem. Teraz powiem, że to bardzo dobrze, że to już nie jest "taki Battlefield jaki znamy" i że ja osobiście jestem prawie zachwycony, co da taki fajny kontrastowy efekt i mały zwrot akcji, który być może zaciekawi niektórych bardziej znudzonych czytelników i skłoni ich do przeczytania całego tekstu, a nie tylko przeskanowania w kilka sekund w oparciu o pogrubione fragmenty (co nie jest wcale naganne, nie każdy ma czas i ochotę na czytanie podobnych głupot, doskonale to rozumiem). Zatem...

 

 

Bardzo dobrze, że Bad Company 2 to już nie jest taki Battlefield jak dawniej. I ja osobiście jestem prawie zachwycony kształtem, jaki przybrała gra. Widzicie, jestem starym fanem serii. Może nie od czasów 1942, w którego grałem mało i po łebkach, ale z pewnością od drugiego w kolejności Vietnama, który sprawił, że zakochałem się w tych wszystkich czołgach, śmigłowcach, klasach postaci i różnych broniach oraz masie przeróżnych taktyk. Ale choć jestem fanem od lat, jedna rzecz mnie zawsze w BFach denerwowała - tryb conquest na dużych mapach. Chaotyczne ganianie od flagi do flagi, drużyny rozbiegające się po całej okolicy, wyjątkowo rozproszona, czasem nudna rozgrywka - można było przez ładnych kilka minut nie spotkać żywego ducha na niektórych mapach, zwłaszcza jeśli grało się "na piechotę", bo ktoś inny już zwinął ciężki sprzęt z bazy. Jasne, bywało też inaczej i za te piękne chwile właśnie Battlefieldy cenię. Ale zawsze i wszędzie uważałem i powtarzałem, że te gry nie dorównują tempem, intensywnością i wywoływanym emocjami najdoskonalszej drużynowej strzelance ever, czyli... Enemy Territory.

 

 

Zapewne domyślacie się już co teraz powiem. Tak,  Bad Company 2 jest jak Enemy Territory. Z pozoru to klasyczny Battlefield, czuje się tą tradycję, rozpoznaje się wszystko na pierwszy rzut oka, włącznie z tym nowym trybem rozgrywki, który jest w zasadzie rozwinięciem koncepcji trybu Push czy też Flag by Flag znanego z wcześniejszych Battlefieldów i różnych modów. Dodano tu niesamowicie widowiskową fizykę i destrukcję otoczenia, która robi piorunujące wrażenie, zwłaszcza gdy wali się budynek w którym się właśnie jest, ale poza tym każdy weteran poczuje się tu jak w domu momentalnie. Trochę przemeblowanym i wyremontowanym, ale domu. A potem okazuje się, że jednak jest trochę inaczej. Lepiej.

 

W Battlefieldach zawsze chodziło o skalę i rozmach. W Bad Company 2 ściśnięto je i zagęszczono do koncentratu, zwielokrotniając intensywność doznań. W poprzednich grach bardzo rzadko zdarzały się autentyczne bitwy, frenetyczne, pełne nie do końca kontrolowanego szaleństwa, w którym można się bez trudu zagubić. Takie, w których po obu stronach bierze udział kilkunastu graczy, walczących zaciekle o jeden skrawek terenu, broniących lub atakujących jeden konkretny punkt. W Bad Company 2 są one podstawą. Tutaj cały czas działa się w mniejszej lub większego grupie, także dzięki nowemu systemowi odradzania się na dowolnym żyjącym koledze z czteroosobowego zespołu, ale też dlatego, że mapy są ściśnięte, zwężone i liniowe,  że wymuszają taką cholernie widowiskową i satysfakcjonującą intensywność samą swoją konstrukcją. Dokładnie jak w Enemy Territory. Plus czołgi.

 

 

Wiele mógłbym pisać o broniach do odblokowania, o ciężkim sprzęcie, o pełnej efektów oprawie graficznej, o wielu nowościach a także o elementach jeszcze nie dopracowanych i popsutych. Mógłbym pół godziny zachwycać się autentycznie niesamowitym udźwiękowieniem, które jest dla mnie osobiście małą rewolucją w dziedzinie odbioru audio w tego typu grach - ostatni taki szok dźwiękowy przeżyłem grając w pierwsze Call of Duty chyba. Ale to byłby zwykły, pozbawiony emocji opis, który według mnie nie jest w stanie scharakteryzować nowego Battlefielda.

 

 

Gdy o nim myślę, to przed oczami stają mi rozpadające się wokół mnie ściany, za którymi się schroniłem broniąc celu, a które roznosi w drzazgi zmasowany ogień z granatników i czołgów. Widzę, jak kolega medyk biega jak oszalały, ożywiając defibrylatorem tych, którzy dostali i słyszę ryk silnika zbliżającego się śmigłowca. Dookoła eksplodują granaty, szczekają serie kaemów, pełgają ognie i fruwają kawałki niszczonych domów a to wszystko w czasie gdy ogłuszony nawałą ognia moździerzy walę pełną serią stu pocisków do majaczących mi w dymie i śnieżnej zadymce sylwetek trzech a może pięciu wrogów, którzy właśnie wybiegli zza rogu kilkanaście metrów dalej i mam nadzieję nie widzą, że skuliłem się za tym jeszcze nie rozwalonym fragmentem muru. Wiem, że nie zdejmę wszystkich i faktycznie, po dwóch sekundach dostaję kulkę, padam... i zanim zdążyłem nabrać powietrze, ekran błyska i wstaję po terapii szokowej jakiegoś kolegi sanitariusza. Ledwie widzę, jak z pagórka stacza się wrogi czołg, a na lewo i prawo padają nasi, ścięci jego kaemami i huczącymi pociskami z działa i zaczynam żałować, że mnie ktoś ożywił tylko po to, bym znów zginął... a w sekundę później nad głową sycząc przemykają mi po kolei cztery rakiety, czołg eksploduje w chmurze ognia, ktoś granatem załatwia kierowcę, który w ostatniej chwili wyskoczył. Na jakieś kilka sekund zapada coś w rodzaju ciszy i zaczynam się zastanawiać, czy zdążę przeładować erkaem, zanim wypadnie na nas kolejna fala wrogów... I nie mam nawet czasu zdać sobie sprawy, jak świetnie się bawię. Takie jest Bad Company 2.

 

 

Gram od piątku, cały czas na tej jednej jedynej śnieżnej mapie Port Valdez, którą w ciągu kilkunastu godzin widziałem już ze wszystkich stron, pod każdym kątem i w stanie od sielskiego po kompletnie zrujnowany. I jeszcze mi się nie nudzi. Czy to jest, czy nie jest Battlefield? Czy to przypomina czy też nie przypomina Enemy Territory? Czy jest lepsze, gorsze, inne od konkurencji i poprzednich gier z serii? Szczerze? Nic mnie to nie obchodzi. Wiem tylko, że gra jest, mówiąc dosadnie i mocno, po prostu zajebista. I ta wiedza mi w zupełności wystarcza.

 

 

Nie mogę się doczekać marca i premiery pełnej wersji.

 

Sławek Serafin

 

PS. Na koniec mały lans - moje m4d 1337 skillz pwnz0r da n00bz!!!111

 

 

Muahahahahahaaaa! A tak serio, to doświadczenie nie tylko z BFów, ale i właśnie z Enemy Territory bardzo tutaj procentuje.

 

SS

Dodaj swój komentarz:
Autor:
Login / Pseudonim: Hasło:
Komentuj pod pseudonimem jako Gość lub zaloguj się
| Załóż konto
Komentarz: