„Kiedy budżet projektu zaczyna przypominać koszt produkcji hollywoodzkiego blockbustera, każdy nietrafiony pomysł staje się dla inwestora potencjalną katastrofą” – w ten sposób weteran branży Del Walker podsumował w mediach społecznościowych obawy dotyczące kondycji gamedevu. Paradoks dzisiejszego rynku jest widoczny gołym okiem: liczba premier rośnie z roku na rok, a mimo to kolejne studia zapowiadają masowe zwolnienia. Rekordowe przychody nie przekładają się na poczucie stabilizacji, a najbardziej zagrożone okazują się projekty ze średniej półki, nazywane często „AA” lub po prostu „mid-tier”.

Wzrost kosztów produkcji gier – od „GTA III” do współczesności

Wystarczy rzut oka na historyczne budżety, aby zrozumieć skalę zmiany. Na początku wieku opracowanie „Grand Theft Auto III” pochłonęło około 5 milionów dolarów, co już wtedy uchodziło za pokaźną kwotę. Po dwóch dekadach wiele tytułów klasy AAA przekracza 150–200 milionów wyłącznie w kosztach deweloperskich, a kampania marketingowa potrafi podwoić tę sumę. „Red Dead Redemption 2” i „Cyberpunk 2077” to tylko najbardziej jaskrawe przykłady produkcji, których całkowite budżety ocierały się o pół miliarda dolarów. Rosną oczekiwania wizualne, długość kampanii single-player, a także nakłady na udźwiękowienie, mocno rozbudowane tryby sieciowe i zaplecze infrastrukturalne niezbędne do obsługi gier-usług.

Do wzrostu kosztów przyczyniają się również coraz bardziej zaawansowane silniki graficzne, wymagające większych zespołów technicznych. Dane International Game Developers Association wskazują, że średnia liczebność zespołu przy projekcie AAA wzrosła w ostatniej dekadzie z około 75 do ponad 200 osób. W efekcie przedsięwzięcie, które kiedyś trwało dwa lata, dziś potrzebuje czterech lub pięciu, a każdy dodatkowy kwartał generuje kolejne miliony dolarów wydatków.

Dlaczego segment średniobudżetowy kurczy się tak szybko

Jeszcze dekadę temu półki sklepów wypełniały gry, które kosztowały 10–20 milionów dolarów: niszowe wyścigi, taktyczne RPG czy eksperymentalne strzelanki. Współcześni wydawcy mają jednak trudność z uzasadnieniem inwestycji w podobne projekty, bo zwrot jest niepewny, a rynek znacznie bardziej zatłoczony. Analitycy Ampere Analysis szacują, że w 2023 roku na platformie Steam ukazało się ponad 14 tysięcy nowych tytułów – niemal dwukrotnie więcej niż pięć lat wcześniej. W tym tłumie kampania marketingowa średniaka staje się równie kosztowna jak jego produkcja, co podnosi próg rentowności.

Jednocześnie sukces w modelu premium mierzy się dziś liczbą aktywnych użytkowników, a nie wyłącznie sprzedażą egzemplarzy. Gry-usługi, battle passy i mikrotransakcje generują stały, przewidywalny strumień przychodów. Projekt, którego struktura rozgrywki nie zachęca do takich mechanik, ląduje ostatni w kolejce po finansowanie. Rezultat to polaryzacja: z jednej strony gigantyczne, wielosezonowe marki, z drugiej mikrobudżetowe indie o niskim progu ryzyka. „Środek” zostaje pozbawiony wsparcia, które kiedyś gwarantowało miejsce na półce obok hitów.

Konsekwencje dla graczy i kreatywności

Kurczenie się segmentu AA przekłada się na mniejszą różnorodność. Ryzykowne pomysły – chociażby mieszanka sportów ekstremalnych i elementów RPG czy niszowe symulatory – trafiają dziś głównie do niewielkich zespołów indie. Te natomiast nie zawsze dysponują technologią ani budżetem, by zrealizować odważną wizję w wysokiej jakości. Z kolei największe wytwórnie, inwestując setki milionów dolarów, stawiają na sprawdzone receptury: znane IP, rozbudowany sklep z kosmetykami, live-service i długi „ogon” monetyzacji. Efekt? Dłuższe cykle produkcyjne, ale mniej premier, za to coraz częściej wypełnionych treściami ubocznymi, które mają zatrzymać gracza na dziesiątki godzin.

Firmy analityczne NielsenIQ i Newzoo raportują, że statystyczny gracz wydaje na gry podobną kwotę co pięć lat temu, a rosnący katalog tytułów nie przekłada się na większą skłonność do eksperymentowania z nieznanymi markami. W praktyce każdy nowy AA rywalizuje nie tylko z premierami sezonu, ale też z setkami tańszych produkcji indie i wiecznie żywymi gigantami pokroju „Fortnite” czy „League of Legends”. To sprawia, że nawet dobrze ocenione gry o średnim budżecie potrafią niknąć w zaledwie kilka tygodni.

Nowe modele finansowania i dystrybucji

Nadzieją dla projektów ze średniej półki staje się coraz częściej wczesny dostęp, crowdfundingi i subskrypcje. Platformy takie jak Kickstarter czy Fig umożliwiły ufundowanie rozpoznawalnych marek pokroju „Pillars of Eternity”, a early access pozwala autorom budować społeczność i dopracowywać grę przy częściowym finansowaniu przez graczy. Z kolei usługi abonamentowe w rodzaju Game Pass czy PlayStation Plus Extra gwarantują wypłatę z góry za włączenie tytułu do katalogu, co zmniejsza ryzyko wydawcy.

Innym rozwiązaniem jest tzw. model AA+, w którym niewielkie studio łączy siły z większym partnerem technologicznym lub wydawcą wyspecjalizowanym w mid-tier. Focus Entertainment, 11 bit studios czy Annapurna Interactive udowadniają, że starannie dobrane portfolio niszowych, ale dopracowanych produkcji może być dochodowe bez konieczności gromadzenia setek programistów. Sukcesy „A Plague Tale: Requiem” czy „Hades” pokazują, że istnieje miejsce na gry o umiarkowanym budżecie, które konkurują wysoką jakością zamiast samej skali.

Perspektywy na kolejną dekadę

Prognozy analityków Omdia sugerują, że do 2030 roku przychody z gier-usług przekroczą 70 proc. całego rynku. Jeżeli ta trajektoria się utrzyma, segment średniobudżetowy będzie musiał zdefiniować się na nowo: krótsze projekty, większa elastyczność produkcyjna i świadome korzystanie z nisz, w których wielki wydawca nie widzi wystarczającej marży. Równocześnie rosnąca dostępność narzędzi takich jak Unreal Engine 5, generatywna sztuczna inteligencja czy fotogrametria może obniżyć próg wejścia i pozwolić małym zespołom osiągać efekty wizualne, które jeszcze niedawno wymagały stuosobowej ekipy.

Rynek gier wideo wielokrotnie udowadniał, że potrafi zaskakiwać. Obok korporacyjnych megahitów mogą błyszczeć nieoczywiste produkcje, a paradoks „im mniejszy, tym odważniejszy” wciąż przyciąga entuzjastów. Jednak aby „środek” przetrwał, potrzebne są elastyczne modele biznesowe, świadomi inwestorzy i ekosystem, w którym sukces mierzy się czymś więcej niż liczbą transakcji w sklepie z kosmetykami.