Najlepszy moment z Avengers: Koniec gry zostanie odtworzony? Fani mają swojego faworyta

Czy nadchodzące Avengers: Doomsday będzie w stanie wygenerować w kinie taką euforię, jaką wywołała scena uniesienia Mjolnira przez Kapitana Amerykę w kulminacji sagi Nieskończoności?

Marvel Studios stoi przed zadaniem, które tylko z pozoru wydaje się powtórką sprzed pięciu lat. Wtedy twórcy domknęli kilkanaście wątków budowanych konsekwentnie przez ponad dekadę. Teraz muszą połączyć rozbudowaną, rozproszoną narrację faz 4-6 z oczekiwaniami publiczności, która liczy nie tylko na widowiskową bitwę, lecz przede wszystkim na moment zapadający w popkulturową pamięć. Stawka jest wysoka: bez odpowiedniego punktu kulminacyjnego kolejny crossover może zostać zapamiętany jako techniczne preludium do Secret Wars, zamiast jako samodzielny kamień milowy.

Nadciągający crossover i ciężar oczekiwań

Avengers: Doomsday ma pełnić podobną funkcję, jaką Wojna bez granic pełniła względem Końca gry. Film wprowadzi antagonistę większego niż cokolwiek dotąd, a zarazem będzie musiał pogodzić obecność nowych postaci – od Shang-Chi po Moon Knighta – z powrotami weteranów MCU. Przy tak szerokim składzie indywidualne wątki łatwo mogą stracić na znaczeniu, dlatego pojedyncza, symboliczna sekwencja staje się potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. To ona uporządkuje emocje widowni i nada konstrukcji filmu wyraźny punkt ciężkości.

Dlaczego scena z Mjolnirem stała się legendą

Kiedy w trzecim akcie Endgame Steve Rogers przywołał młot Thora, zagrało kilka warstw naraz: mitologiczna zasada godności, wieloletnia sugestia, że Kapitan może być „prawie” godny, oraz dramatyczna potrzeba wyrównania szans w walce z Thanosem. Chwilę później padło wyczekiwane „Avengers Assemble” – zdanie, którego MCU unikało przez jedenaście lat. Rezultat? Burza oklasków w kinach i natychmiastowy wpis do annałów popkultury. Ten sukces wyznaczył poprzeczkę dla każdego kolejnego finału w ramach franczyzy.

Mutancki okrzyk: „To me, my X-Men”

Najczęściej przywoływanym w dyskusjach pomysłem jest debiut pełnoprawnej drużyny mutantów. Po ciepło przyjętym serialu animowanym X-Men ’97 publiczność zdążyła przypomnieć sobie znaczenie tej frazy. Jeśli w Doomsday lub – bardziej logicznie – w Secret Wars Charles Xavier zbierze zespół słowami „To me, my X-Men”, twórcy zyskają analog do „Avengers Assemble”: hasło, które natychmiast buduje wspólnotę i przenosi ciężar historii na nową grupę bohaterów. Emocjonalnie byłoby to nie tylko wejście ukochanych postaci do głównej osi MCU, lecz również ukłon w stronę kilku pokoleń fanów komiksowych i animowanych wersji serii.

Braterski powrót Thora i Lokiego

Relacja synów Odyna od początku była jednym z fundamentów filmowego uniwersum. Po dramatycznych wydarzeniach serialu Loki oraz wielokrotnych ofiarach obu braci, ponowne spotkanie – zwłaszcza z Lokim u steru swojej nowej, quasi-boskiej roli – niosłoby potężny ładunek emocjonalny. Wyobraźnia fanów podsuwa obraz, w którym Odynowy syn chaosu udowadnia swoją przemianę, stając się chwilowo godnym Mjolnira. To zaspokoiłoby potrzebę lustrzanego odbicia sceny z Endgame, a jednocześnie zamknęłoby jeden z najdłużej rozwijanych wątków braterskich w MCU.

Kultowe cameo dawnych ekranizacji

Deadpool & Wolverine udowodniło, że publiczność uwielbia niespodziewane powroty bohaterów sprzed epoki MCU. Krótkie występy Jennifer Garner czy Wesley’a Snipesa generowały w sieci dłuższe dyskusje niż efekty specjalne. W Doomsday twórcy mogą pójść krok dalej, przywołując symbole lat 90. i wczesnych 2000. Nic tak nie łączy pokoleń widowni jak pojawienie się aktorów, którzy dla starszych widzów byli pierwszymi superbohaterami na dużym ekranie. Odpowiednio skomponowana chwila mogłaby zarówno podbić stawkę narracyjną, jak i wykorzystać nostalgię w dodatku pełniąc funkcję mostu między erami Marvela.

„Starzy Avengersi” w jednej formacji

Na forach coraz częściej pojawia się koncepcja swoistej drużyny weteranów: Tobey Maguire w stroju Spider-Mana, Hugh Jackman jako Wolverine, Nicolas Cage powracający jako Ghost Rider, Eric Bana jako Hulk czy Wesley Snipes jako klasyczny Blade. Skład zasługuje na miano „multiversalnej gwardii” i mógłby w ułamek sekundy poszerzyć skalę konfliktu – pokazać, że zagrożenie obejmuje nie tylko główne uniwersum, ale i wszystkie filmowe światy Marvela. Pod względem dramaturgicznym cameo takiej grupy spełnia dwie funkcje: oferuje fan-service o ogromnej sile rażenia i podkreśla, że stawką starcia jest całe multiversum, a nie wyłącznie kolejna planeta.

Osobista chwila Steve’a i Sama

Nie wszystkie propozycje muszą opierać się na fajerwerkach multiversum. Część widzów wskazuje, że efektowność jest ważna, lecz prawdziwe łzy wzruszenia rodzą się z kameralnych relacji. Wyobraźmy sobie zatem moment, w którym Steve Rogers – być może przywołany z innej linii czasowej – znajduje się na krawędzi porażki. Wtedy z odsieczą przybywa Sam Wilson, współczesny Kapitan Ameryka. Rzuca mu tarczę, odwracając dawną kwestię przyjaciela słowami „On your right”. Ta skromna fraza, osadzona w historii ich przyjaźni, mogłaby wypełnić salę kinową równie donośnym aplauzem, co gigantyczne sceny bitewne.

Dlaczego prawdziwy punkt kulminacyjny może poczekać

Strategicznie rzecz biorąc, produkcja, która poprzedza Secret Wars, powinna przede wszystkim budować napięcie, zamiast rozdawać wszystkie asy już w pierwszym rozdaniu. Marvel ma komfort zaplanowania dwóch mocnych finałów: pierwszy w Doomsday, drugi – definitywny – w Secret Wars. Zbyt wczesne wykorzystanie największego zaskoczenia osłabiłoby ostateczne domknięcie sagi multiversum. Z tego powodu twórcy mogą zdecydować się na scenę elektryzującą, lecz nie ostateczną: zapowiadającą prawdziwy rozmach dopiero w kolejnym filmie. W oczekiwaniu na ten finał fanom pozostaje dyskutować, która z powyższych propozycji najbardziej zasługuje na miano następcy legendarnego uniesienia Mjolnira.