Nicolas Winding Refn przez lata budował reputację autora zdolnego łączyć poetycką brutalność z hipnotyczną estetyką barw. Po siedmiu latach ciszy kinowej – przerwanych jedynie eksperymentalnym serialem – jego powrót na duży ekran rozbudził apetyt krytyków i fanów. Czy reżyser, który w wywiadach wspominał o własnej, trwającej dwadzieścia pięć minut śmierci klinicznej, faktycznie narodził się twórczo na nowo? „Her Private Hell” miało być dowodem – podczas canneńskiego seansu otrzymało długie owacje, jednak tuż po nich w kuluarach unosiła się atmosfera konsternacji. Na papierze wszystko brzmiało obiecująco: cyberpunkowa sceneria, intymny dramat rodzicielski, refleksje o transcendencji. W praktyce – film okazuje się testem cierpliwości, zarówno dla oka, jak i dla wyobraźni.
Śmierć kliniczna jako zapalnik, Cannes jako poligon
Refn zrealizował projekt w zaledwie dwanaście miesięcy od opuszczenia szpitala, gdzie – jak twierdzi – „zajrzał za kulisy istnienia”. Ekipa pracowała głównie nocami na obrzeżach Budapesztu, ponieważ wygenerowanie gęstej neonowej iluminacji wymagało kontrolowanego, ciemnego środowiska. W Cannes otwarto sekcję konkursową właśnie tym tytułem, co samo w sobie było odważnym gestem dyrekcji festiwalu. Publiczność zareagowała spontanicznie: jedni wpadli w euforię nad formalnym rozmachem, drudzy z miejsca oskarżyli film o pusty barok. Tak spolaryzowanych komentarzy nie wywołał tam nawet „Neon Demon” w 2016 roku – a to już mówi wiele.
Labirynt fabularny: dwa serca, jedna metropolia
Historia rozwija się w futurystycznym megamieście, które bardziej się sugeruje niż opisuje. Kamera podąża równolegle za dwiema postaciami. Elle – początkująca aktorka tęskniąca za ojcowskim ciepłem – wikła się w zakulisowe układy branży holo-teatralnej. Szeregowy K., człowiek-cyborg powracający z frontu, próbuje odnaleźć córkę zaginioną podczas wycieku danych obywateli. Refn rozstawia te wątki jak figury na szachownicy, lecz unikając klasycznej ekspozycji każe widzowi domyślać się reguł gry. Czy to prowokacja, czy brak scenariuszowej dyscypliny? Pytanie pozostawione jest bez odpowiedzi do samego finału – a wtedy już nie każdy widz ma ochotę ją otrzymać.
Forma hipnotyzuje, treść ucieka
Operator Diego Garcia osiąga imponujące efekty dzięki kamerom z matrycą monochromatyczną, na którą w postprodukcji nanoszono paletę jaskrawych kolorów. Obraz płonie różem, turkusem i zieleniach fosforu, niczym futurystyczny sen Lucio Fontany. Niestety, gęstość wizualnej wykładni nie idzie w parze z dramaturgią: po kilkudziesięciu minutach eksplozja barw zaczyna przypominać reklamy sprzętu gamingowego, brakuje jej dramaturgicznych wzlotów i cieni. Kompozytor Cliff Martinez dołącza warstwę muzyczną pulsującą syntezatorowym basem, lecz nawet on nie jest w stanie przykryć dramaturgicznych mielizn.
Aktorzy w pułapce improwizacji
Sophie Thatcher, wschodząca gwiazda amerykańskiego kina niezależnego, została poproszona o pełną improwizację w kluczowych dialogach. Koncepcja miała odwzorować „logikę snu”, o której reżyser opowiadał prasie. Efekt? Nierówne, chwilami chaotyczne reakcje, kontrastujące z chłodną, kontrolowaną plastyką kadrów. Charles Melton, w roli K., bazuje głównie na fizycznej prezencji: stoi, obserwuje, milczy. Taki ascetyzm potrafi być wymowny, gdy towarzyszy mu precyzyjny montaż wewnątrzsceniczny – tutaj jednak prowadzi do powtarzalności. Zespół drugoplanowy, na czele z Charlotte Rampling jako enigmatyczną mistrzynią ceremonii, otrzymuje zbyt mało ekranowego czasu, by uratować dramaturgię.
Ocena końcowa
„Her Private Hell” to kino ekstremalne formalnie, ale nierówne narracyjnie. Refn ponownie udowadnia, że potrafi malować światłem i dźwiękiem, lecz tym razem zagubił emocjonalny rdzeń, który czynił „Drive” kultowym. Ostateczny werdykt: 4/10 – kalejdoskop bez kompasu.