Niewielu zapowiedziom towarzyszy taki ładunek nostalgii i ekscytacji jednocześnie. Castlevania: Belmont’s Curse, zaprezentowana podczas ostatniego State of Play, obiecuje powrót do gotyckich korzeni serii przy jednoczesnym wykorzystaniu doświadczeń studia Motion Twin, autorów nagradzanego Dead Cells. Dwadzieścia trzy lata po wydarzeniach z Dracula’s Curse gracze znów chwycą za legendarny bicz, lecz tym razem czeka ich znacznie więcej niż odświeżona oprawa.

Spotkanie z Draculą: dziedzictwo serii

Cykl Castlevania, zapoczątkowany w 1986 r., zbudował własny mit o wiecznej walce rodu Belmontów z Draculą. Dracula’s Curse z 1989 r. osadzono chronologicznie w 1476 r.; nowe Belmont’s Curse przenosi akcję o 23 lata dalej, w czasy, gdy zgliszcza ostatniej klęski wampira zdążyły już obrastać legendą. Ten wybór okresu otwiera scenarzystom furtkę do przedstawienia kolejnego pokolenia łowców oraz nieznanych dotąd sojuszników, bez burzenia kanonu. W rezultacie produkcja ma szansę połączyć najstarszych fanów, pamiętających 8-bitową wersję serii, z graczami wychowanymi na współczesnych metroidvaniach.

Od Dead Cells do Belmont’s Curse: ambicje Motion Twin

Francuskie studio Motion Twin dało się poznać dzięki Dead Cells – tytułowi, który od 2018 r. sprzedał ponad 10 mln egzemplarzy, zdobył tytuł najlepszej gry akcji na The Game Awards i do dziś otrzymuje bezpłatne aktualizacje. Twórcy wypracowali rozpoznawalny styl łączący precyzyjny system walki, proceduralnie generowane poziomy i pikselową estetykę klasy premium. Przekładając te atuty na uniwersum Castlevanii, deweloperzy deklarują, że zachowają dynamikę Dead Cells, ale zrezygnują z pełnej losowości na rzecz poziomów projektowanych ręcznie. W efekcie Belmont’s Curse ma być hybrydą klasycznej metroidvanii i wybranych elementów roguelike – np. zmiennych komnat pobocznych czy puli unikalnych broni rotującej między kolejnymi podejściami.

Rozgrywka: ukłon w stronę klasyki i świeże pomysły

Na pierwszym zwiastunie widać charakterystyczną dla serii paletę mrocznych barw, wyraźnie inspirowaną epoką 16-bitów, lecz wzbogaconą o płynne animacje i efekty świetlne możliwe dzięki współczesnym silnikom 2D. Kluczowe systemy obejmują bicz jako broń podstawową, wymienne sub-weapon (m.in. woda święcona, topór, krzyż) oraz nową mechanikę kontrataków, która nagradza perfekcyjny timing krótkotrwałą nieśmiertelnością. Motion Twin testuje też modułowe relikwie – przedmioty wpływające na budowę zamku, co przy każdym przejściu otwiera alternatywne skróty lub ukryte boss-areny. Oprócz kampanii solowej zapowiedziano kooperację lokalną w stylu klasycznych „buddy games” z lat 90., gdzie drugi gracz wcieli się w czarownika posługującego się magią żywiołów.

Od State of Play do premiery: czego mogą spodziewać się gracze

Zapowiedź na State of Play nie ujawniła daty debiutu, jednak według słów producenta Thomasa Vignolle’a gra jest już „grywalna od początku do końca”, a obecnie trwa szlifowanie wyzwań i balans broni. Planowane platformy to PC, PlayStation 5, Xbox Series X|S oraz Nintendo Switch, z opcją cross-save między urządzeniami. W kuluarach mówi się o premierze w pierwszej połowie 2025 r., choć finalny harmonogram zależy od wyników testów społecznościowych, które studio prowadzi od okresu early access Dead Cells. Reakcje fanów po pokazie są zdecydowanie pozytywne: społeczność chwali powrót gotyckiej ścieżki dźwiękowej, dynamiczne pojedynki z bossami i fakt, że w projekt zaangażowano twórców, którzy udowodnili, iż potrafią utrzymać długoterminowe wsparcie dla swoich gier.

Dlaczego warto czekać

Belmont’s Curse wydaje się spełniać marzenie wielu graczy o połączeniu nastroju klasycznej Castlevanii z nowoczesnym projektem poziomów i przemyślanym systemem rozwoju postaci. Odpowiada za nią zespół doświadczony w budowaniu gier, które żyją latami po premierze, a pierwsze materiały wskazują na produkcję tworzoną z autentyczną miłością do oryginału. Jeśli Motion Twin utrzyma jakość animacji, tempo walki i regularność aktualizacji, mogą dostarczyć jedną z najważniejszych odsłon marki od dekady. Warto więc trzymać kciuki za zespół i uważnie obserwować kolejne komunikaty – gotycki zamek Drakuli jeszcze nie raz otworzy swoje bramy.