poleć stronę wydrukuj podyskutuj na forum
Mass Effect 2 - recenzja raczej przychylna...
Przez ostatnie dwie noce mało spałem. Prawie w ogóle w zasadzie. Ale skończyłem. I mogę napisać jak jest. A jest trochę inaczej niż wszyscy mówią...
Na Metacritic Mass Effect 2 ma średnią ocen 96 na 100 możliwych punktów. Wszyscy recenzenci są nią zachwyceni. I rzeczywiście, jest to bez dwóch zdań bardzo dobra gra, znacznie lepsza od poprzednika. Ale, przepraszam bardzo, nie aż taka dobra...
Co mi się podoba?

Strzelanie - tak, przede wszystkim to. Wiem, wiem, system osłon w stylu Gears of War jest nudny i strasznie spowalnia rozgrywkę, a tutaj zabawa opiera się głównie na wykorzystaniu tego patentu właśnie. Ale Mass Effect 2 to nie jest dynamiczny shooter, tylko RPGowa hybryda i przerobiony, ulepszony model takiej walki sprawdza się tu bardzo dobrze. Nawet grając teoretycznie nudnym żołnierzem bawiłem się świetnie spowalniając czas skokiem adrenaliny i waląc headshoty z prawie chirurgiczną precyzją. Wrogowie giną na wiele widowiskowych sposobów a starcia można rozgrywać taktycznie, flankując wrogów i korzystając ze specjalnych mocy każdej z klas głównej postaci (są bardzo, bardzo różne i dramatycznie zmieniają przebieg walki), co sprawia, że nie są nudne - i przede wszystkim nie trzeba się bawić w półgodzinne wymiany ognia z byle leszczami. Krótka seria w berecik i dziękujemy. Fajnie. Bardzo dobrze też przeplecione jest strzelanie z dialogami i fabułą - ani jednego ani drugiego nie jest za dużo, świetnie dobrano proporcje między oboma elementami.

Swoboda - BioWare odeszło od swojej koncepcji "czterech głównych lokacji" już w pierwszym Mass Effect, w którym można było latać sobie po prawie całej galaktyce. Tyle że tam nie miało to sensu, bo... nic ciekawego w niej nie było. Tutaj zaś nie tylko są te główne światy, na których rozgrywa się po kilka różnych misji, ale jest też wiele innych ciekawych miejsc do odwiedzenia w dowolnym czasie. Jak ktoś ma ochotę, to może przeczesać każdy system i każdą mgławicę, sprawdzając, czy na jakiejś planecie nie trafi na coś interesującego. I czasem się trafia. A jak nie, to przynajmniej zdobędzie się jakieś surowce do ulepszenia broni albo naszej nowej Normandii.

Misje poboczne - w zasadzie nie są one tak naprawdę poboczne, bo cała gra jest w pewnym sensie zdecentralizowana i w 90% składa się właśnie z zadań, które do głównego wątku zaliczają się tylko teoretycznie. Wszystkie misje rekrutacyjne niby powiązane są z podstawową fabułą, ale tak naprawdę każda z nich jest osobną, zamkniętą opowieścią. Kompletowanie zespołu to tylko pierwszy krok, trzeba jeszcze zdobyć zaufanie każdego z jego członków - i te "drugie" misje dla każdej z postaci są w znakomitej większości po prostu świetne, ciekawe fabularnie i bardzo zróżnicowane. I jest ich dużo, bardzo dużo. Bardzo dobrze wypełniają środek gry, co stanowi duży kontrast w zestawieniu z pierwszą grą, gdzie środek właśnie był kiepski, a tylko początek i koniec naprawdę dobre.

Oprawa wizualna - technicznie rzecz biorąc nie jest Mass Effect 2 o wiele piękniejszy od swojego poprzednika. I nie musi. Braki w ilości polygonów i efektów nadrabia klasą i stylem. Kosmos jest piękny a obce planety wspaniałe. No i oczywiście są jeszcze postacie, ożywanie kapitalną mimiką i świetnie animowaną mową ciała. A także przerywniki filmowe. I inne bajery tudzież specjalne efekty. Mass Effect 2 jest po prostu bardzo, bardzo ładny.

Nawiązania - małe mrugnięcie okiem do fanów Riddicka, drobne nawiązane do Piątku 13, ukłon w stronę miłośników Green Lanterna - jest tutaj tego sporo, oprócz oczywiście wielu już bardziej bezpośrednich odwołań do pierwszej gry, z których ucieszą się wszyscy fani.
Co mi się nie podoba?

Fabuła - to znaczy, nie scenariusz jako taki, tylko jego konstrukcja. Wątki poszczególnych bohaterów są naprawdę fajne i wciągające, a w zasadzie taka nudna czynność jak zbieranie zespołu potrafi wciągnąć strasznie dzięki temu. Ale popełniono duży błąd, kończąc grę zaraz po tym, jak zbierze się tą drużynę. To tak jakby w filmowej "Parszywej dwunastce" zaraz po zakończeniu szkolenia żołnierzy przez Lee Marvina następowała kilkuminutowa sekwencja finałowa. Już pomijam fakt, że sama końcówka Mass Effect 2 jest, delikatnie mówiąc, położona i nie dorównuje w żaden sposób finałowi pierwszej gry. Mało dramatyczna, mało emocjonująca, krótka i... nawet śmieszna trochę. Jak zobaczycie z kim przyjdzie walczyć na końcu, to zrozumiecie o co mi chodzi. Ale można by to przeżyć, gdyby autorzy postarali się o jeszcze jeden "akt" całej opowieści, oddzielający finał od kompletowania teamu jakimiś działaniami całą grupą (jak w finale właśnie, gdzie w walce bierze udział każda z postaci). Muszę też przyznać, że BioWare w bardzo nieładny sposób rzucili nam przed oczy kilka potencjalnie fajnych wątków, które można by dobrze wykorzystać i zaserwować jakieś zwroty akcji, których się zresztą od samego początku spodziewałem... a potem NIC z tym nie zrobili. Pewnie zostawili to sobie na Mass Effect 3, ale przez to sprawili, że przynajmniej jedna osoba nie była w pełni usatysfakcjonowana z rozwoju wydarzeń.

Schematy - do drużyny przyłącza nam się jakaś nieufna, skryta na pierwszy rzut oka postać. Potem, w toku kolejnych rozmów zaczyna się trochę otwierać, wyjawiać trapiące ją sprawy. W końcu prosi o pomoc w wyciągnięciu z szafy jakiegoś trupa i stawienia czoła duchom przeszłości czy coś w tym stylu, z czym wiąże się dodatkowa misja. Bardzo fajna i ciekawa, jak już wspomniałem wcześniej. Ale dlaczego ten schemat obowiązuje wszystkie postacie?! Dlaczego za każdym razem jest dokładnie tak samo? Nie można by jednej postaci zostawić a innej dać trochę więcej tych dodatkowych misji? Nie można było ich jakoś wyróżnić i rozróżnić pod tym względem? I pod innymi też?

Postacie - niestety, drużyna Sheparda w Mass Effect 2 to banda jęczących, smętnych emo. Wszyscy cierpią, mają zmartwienia, strapienia i diabli wiedzą co jeszcze. Aż odechciewa się z nimi gadać, bo są tacy biedni, źle potraktowani przez los i w ogóle uszkodzeni przez życie. No dobra, przesadzam trochę, bo aż tak źle nie jest, cierpienie uszlachetnia, empatia wzbogaca i w ogóle kochajmy się jak bracia, ale zespół do zadań specjalnych i misji samobójczych chyba nie powinien się składać z takiego przedszkola z samymi beksami, nie? Jeden Mordin pokazuje trochę charakteru a i Legion jest całkiem ciekawą postacią, cóż z tego jednak, skoro spotykamy go pod sam koniec gry i nawet nie ma czasu pogadać? A reszta? Szare tło, przykro to stwierdzić, ale ta drużyna jednostajny gwiezdny szum (oprócz Jack, bo to czarna, antypatyczna dziura, której unikałem jak ognia). Nie ma tu żadnego Minsca, żadnego HK-47, żadnego Wrexa, żadnej Morrigan. Ani jednej postaci, którą można by naprawdę polubić i zapamiętać. Romans z Mirandą? Rany, więcej napięcia seksualnego i emocji było w Dragon Age w jednej rozmowie mojego maga i Zevrana, w której tłumaczyłem mu uprzejmie, że wolę dziewczynki... I na dodatek jeszcze postacie z Mass Effect 2 nic nie mówią w trakcie misji prawie, nie przerzucają się tekstami, nie dyskutują w ogóle - tylko jęczą na swój los i zachwycają się zdolnościami przywódczymi Sheparda w rozmowach w cztery oczy. Jak można było jednocześnie zrobić Dragon Age z galerią świetnych, żywych postaci i Mass Effect 2 z konduktem żałobnym? Nie dojdziesz... Sam Shepard też nie jest jakiś szczególnie charyzmatyczny i ciekawy, ale już daruję mu porównania z Williamem Adamą, Malcolmem Reynoldsem, Johnem Crichtonem czy Jean-Luc'em Picardem nawet. Mógłby ich nie przeżyć biedaczek.

Ekwipunek - nie za bardzo też rozumiem co chcieli osiągnąć ludzie z BioWare ostatecznym rozwiązaniem kwestii sprzętu. Tak, ta opcja była słusznie krytykowana w pierwszej grze i potrzebne były jakieś zmiany. Ale jeśli ludzie mówią, że twój pies za głośno szczeka, to raczej go nie zastrzelisz, nie? A goście z BioWare w ramach eksperymentu zastrzelili. Przeszkadzała nam setka identycznych karabinów w pierwszej grze? No to w drugiej są faktycznie całkiem różne... trzy karabiny. Ciekawy pomysł, który doskonale by się sprawdził w jakimś shooterze. Wiecie, takim na jakieś 6-8 godzin rozgrywki. Ale tutaj? Nie bardzo. Grałem 26 godzin, z czego przez 20 godzin używałem jednego karabinu szturmowego. Ze snajperek korzystałem dwóch. Broni ciężkich nosiłem z pięć, a użyłem ich może z... dziesięć razy w sumie. Tak, chodzi mi o konkretną ilość wystrzałów. Dziesięć. No, może dwadzieścia. Więcej nie musiałem. Innych spluw nie używałem w zasadzie wcale. Nuda, okropna. Lepsze to niż siedemnaście wersji tego samego karabinu różniących się tylko numerkiem serii i kilkoma procentowymi statystykami - ale daleki jestem od stwierdzenia, że to jest optymalne rozwiązanie. Bo nie jest. Jest tylko trochę mniej fatalne.

Brak charakteru - niestety, gra ogólnie nie czaruje. Dragon Age porywał, uwodził, wciągał. Miał magię, wewnętrzny ogień i duszę. A Mass Effect 2 nie ma. Ot, wysokiej klasy, dopracowane, wewnętrznie spójne... rzemiosło. Bez polotu, bez iskry, bez emocji. Wymienione wyżej zarzuty nie są jakieś poważne i można grać, dobrze się bawić, nie zwracając w ogóle na nie uwagi. Nawet celowo je trochę przejaskrawiłem. Ale też muszę uczciwie przyznać, że gra mnie rozczarowała - po Dragon Age spodziewałem się od BioWare czegoś więcej niż tylko profesjonalizmu i wysokich kompetencji. Najwyraźniej oczekiwałem zbyt wiele. Ale to nie mój problem na szczęście - klient jest od tego, żeby wymagać, nie? I ma zawsze rację na dodatek. Wyjątkowo komfortowa sytuacja.
Podsumowując
Dostałem grę bardzo dobrą, dla której bez żalu zarwałem dwie noce. I było przyjemnie. Ale po ostatniej scenie westchnąłem nie z żalu, że to już koniec (jak w Dragon Age), ale z ulgą. Chwilę potem pojawiło się okienko z zapytaniem, czy chcę grać dalej i badać resztę galaktyki. Nie miałem siły się nawet roześmiać. Optymiści, myśleli, że będzie mi się dalej chciało... Nie, niestety nie. Dziękuję. Było naprawdę miło chwilami, trochę męcząco też czasem, ogólnie cieszę się, że się spotkaliśmy, ale teraz się już bez żalu pożegnamy komandorze Shepard. Poczeka pan sobie do następnej części, dobrze? Może wtedy wszystko będzie grało tak, jak powinno. Wierzę w pana (i kolegów z zespołu od Dragon Age). Jest pan na dobrej drodze, ale... cóż, do trzech razy sztuka, nie?

Aha, jeszcze poza kategoriami
Lokalizacja
Sławek Serafin














