poleć stronę wydrukuj podyskutuj na forum
Granie krótkie i intensywne czy długie ale nudne?
Czas na nas...
Polygamia zamieściła dziś ciekawy felieton Konrada Hildebranda o grach, a dokładniej o ich długości. Przeczytacie go na Poly, a ja go na swoje potrzeby streszczę w jednym zdaniu, posługując się zresztą dla wygody cytatem
Mianowicie, jeśli mam do wyboru dziesięć godzin nudnej gry z czterema ciekawymi momentami, to wolałbym, aby trwała ona o połowę krócej i miała w sobie te wszystkie momenty. Może to zbyt oczywista konstatacja, ale bardziej niż ilość rozrywki jaką dostarcza mi gra, bardziej liczy się dla mnie jej jakość.
Brzmi sensownie? Polemizowałbym. I polemizuję, poniżej.
Dlaczego nasz wybór ma się ograniczać do dziesięciu godzin nudnej gry z czterema ciekawymi momentami oraz gry o połowę krótszej, z której wycięto nudę i zostawiono cztery ciekawe momenty? Wydaje mi się, że nie ma najmniejszych powodów, by samemu się ograniczać i zaniżać oczekiwania w reakcji na aktualne trendy na rynku gier. Ja osobiście wolałbym dziesięć godzin trzymającej mnie w napięciu gry w dwudziestoma ciekawymi momentami. Albo dwadzieścia z czterdziestoma, a co! Prawda, że tak byłoby najlepiej?
Nie za bardzo rozumiem, dlaczego mam się zadowalać czymś gorszym tylko dlatego, że konkretny ktoś nie jest w stanie mi dostarczyć czegoś lepszego...
Czasu mamy mało
Jest wiele argumentów, które można przytoczyć na poparcie tezy Konrada i on sam zresztą ucieka się do nich w swoim felietonie. Na pierwszy rzut oka mają one sporo sensu. Po co nam zbyt długie gry, skoro i tak mamy mało czasu na granie? Dorosły facet (albo kobieta, nie dyskryminujmy niepotrzebnie) ma rodzinę, pracę, inne zajęcia - siada do komputera czy też konsoli na dwie, może trzy godziny i to nie codziennie. W takim tempie może zaliczyć jedną, dwie gry tygodniowo przy obecnej długości gier. Czyli jest optymalnie. No jest, nie da się urkyć. Ale nie dla gracza, tylko dla tych osób, które są zainteresowane, by ów gracz nie grał dużo w gry, tylko w dużo gier.

Nie czułem się wcale źle, spędzając ponad sześćdziesiąt godzin przy Dragon Age, choć z pewnością mógłbym w tym czasie zagrać w pięć innych gier. Ale po co? Bawiłem się doskonale przy tej jednej. Szczerze wątpię, czy tych pięć gier, niby intensywnych bo krótkich, dałoby mi tyle frajdy. Po co mi więc one? No mnie do niczego nie były potrzebne - to tylko ich wydawcy na mnie nie zarobili. Ich problem, nie mój, prawda?
Pieniędzy też nie ma
Drugi argument - gra dłuższa o tej samej jakości kosztowałaby odpowiednio więcej. Potrzebny byłby większy budżet, większy zespół, większe wszystko. A to jest ryzyko, bo tak naprawdę bardzo niewiele gier na siebie zarabia i większość przynosi straty. W tej sytuacji zwiększanie progu budżetu, żeby zrobić coś, co będzie bawiło dłużej wydaje się posunięciem bezsensownym. I faktycznie, jest nim. Ale znowu nie z punktu widzenia gracza, którego nie powinno ani trochę obchodzić co ile kosztowało. Gdy czytam książkę, nie interesuję się ile lat ją ktoś pisał. Gdy oglądam film, mam w głębokim poważaniu ile milionów kosztował. Ma być dobry. Jako klient mam prawo, ba, wręcz święty obowiązek tego wymagać. I dlatego singiel Modern Warfare 2 odczułem jak policzek wymierzony mi przez jego twórców - 50 milionów dolarów i taka żałosna, kilkugodzinna kampanijka?!

Aż obowiązek? Nie przesadzam? Może. Ale pomyślcie - rynkiem rządzi prawo podaży i popytu. Gdybyśmy solidarnie ignorowali gry, które oferują naszym zdaniem zbyt mało w porównaniu ze swoją ceną (a powinno to być nadrzędne kryterium dla klienta, tak jak jest w każdym innym przypadku), to zmieniając popyt wpłynęlibyśmy na podaż*. Wydawcy musieliby się dostosować lub zginęliby, bo to oni są tu dla nas, a nie odwrotnie, to my mamy nad nimi władzę, a nie oni nad nami - bo władzę ma ten, kto ma pieniądze. A my, w grupie, jako społeczność graczy, trzymamy nasze łapki na miliardach.
Jak się lubi, to się lubi
Owszem, jestem w stanie zrozumieć twórców gry i nawet wybaczyć im pewne kompromisy i niedociągnięcia spowodowane na przykład za małym budżetem, ależ jak najbardziej. Ale tylko w sytuacji, gdy czuję, że zrobili oni naprawdę wszystko, na co ich było stać w ramach swoich ograniczeń. Jeśli widzę pasję, widzę miłość do gier włożoną w produkt, czuję emocjonalny związek z twórcami i traktuję ich inaczej, bo ja też gry kocham. Nie będę marudził, że The Lost Crown ma kiepsko podłożone głosy i żałosną animację, bo cała reszta jest wyśmienita, a grę zrobiła jedna osoba!

Ale dlaczego miałbym podobną taryfą ulgową operować w stosunku do wielkich konglomeratów, nastawionych tylko i wyłącznie na zysk? Są mi obce. Chcą tylko moich pieniędzy, bez emocjonalnych związków - więc ja im odpłacam tym samym chłodem i wymagam najwyższej jakości, bez jakiegokolwiek pobłażania. W sklepiku osiedlowym mogę zapłacić więcej, bo znam ekspedientkę i to miła kobieta, która mi odłoży kaszankę, gdy o to poproszę. W hipermarkecie już taki nie będę, bo to anonimowe, wielkie coś, gdzie kupuję, bo jest tanio i jest duży wybór, a nie dlatego, że lubię.
A może to my jednak?
Jest jeszcze trzeci argument przemawiający za skracaniem gier w dbałości o ich jakoś, o którym Konrad nie wspomniał. Wszystko się zmienia. Gry się zmieniają, zmieniają się i gracze. Oczekują teraz czegoś innego niż dziesięć lat temu na przykład. Dorośli. Bardziej im odpowiadają gry krótsze. I pewnie bym w to nawet wierzył, gdyby nie to, że właśnie przy wspomnianym Dragon Age przypomniałem sobie, jak to było właśnie tych dziesięć lat temu, gdy człowiek był o wiele młodszy i miał, zdawałoby się, większą pasję do grania. Gdybym się zmienił, to czy potrafiłbym przejść trzy razy singlową kampanię w Dawn of War II, tak jak to robiłem całe wieki temu w wydawanymi wtedy grami? W Dawn of War II, grze nowoczesnej, wcale nie oldschoolowej, do której przywiązanie mógłbym wytłumaczyć jakimś sentymentem? Nie. Wniosek jest prosty - gry się zmieniły, owszem, ale ja nie. Cały czas chcę tego samego - tylko o wiele rzadziej to dostaję. Nie ma sensu dorabiać do tego żadnej ideologii a najprostsze wyjaśnienie jest najbardziej prawdopodobne. Jeśli ktoś tu daje ciała, to nie ja, gracz.

Uległa postawa może i jest wygodna, ale prowadzi do równi pochyłej, degrengolady a w najlepszym wypadku stagnacji. Niech gry się rozwijają tak jak my, a nie przeciwko nam. Bądźmy asertywni, twardzi i wymagający. Nie dajmy sobie nic wmówić, bo przecież dobrze wiemy, czego chcemy. Świetnych gier. Długich świetnych gier. Żebyśmy nie musieli kupować po cztery miesięcznie, ale dwie. Albo jedną. Taką, w którą się będziemy bawić cały miesiąc. To jest w naszym interesie - niech inni, którzy nam w tym względzie służą swoimi produktami, się dostosują.
Nie potrafią? Brak talentu? Pieniędzy? Czasu? A co nas to obchodzi, panie i panowie gracze! Nie mogą, to niech zajmą się uprawą ziemniaków. Chcą wolnego rynku, to niech go mają, ze wszystkimi zaletami i wadami. Nie oni, to znajdą się inni. Pieniądze czekają.
I żeby nie było, że nie odpowiadam na własne pytanie postawione w tytule - wybieram bramkę numer trzy, długie i intensywne poproszę.
Sławek Serafin
* wiem, że to może dość kontrowersyjne stwierdzenie, ale czy nie taką mamy aktualnie sytuację na rynku PC? Łatwo zwalić winę na piratów, ale to może właśnie maleje najzwyczajniej w świecie prawdziwy popyt na zbyt krótkie gry? Może to jest właśnie zdrowa sytuacja, a rynek konsolowy, chłonący wszystko jak leci z niewiadomych powodów, jest chory i odpowiedzialny za to, co się dzieje, czyli wyraźne zmniejszenie ilości zabawy w stosunku do żądanej ceny? Na PC przecież świetnie trzymają się nadal gry, które z definicji oferują prawie niekończącą się rozgrywkę, czyli różne MMO, strategie, menadżery oraz symulatory a także gry, których żywotność przedłużają mody - tylko gatunki, które uległy chorobie skracającej rozgrywkę mają coraz słabszą pozycję na tej platformie. Może wytłumaczenie jest rzeczywiście takie proste a ci pożałowania godni piraci to tylko zasłona dymna?
Nie mówię, że tak jest. Ale teoria brzmi sensownie...
SS







